Najważniejsza jest komunikacja

0
337

Niektórzy z Was pewnie jeszcze pamiętają piosenkę Lucky Britney Spears, która w tłumaczeniu na polski, brzmi mniej więcej tak:

Ona jest taką szczęściarą, ona jest gwiazdą,
ale w samotności płacze, rozmyślając:
Jeśli niczego mi w życiu nie brakuje
To dlaczego nocą płyną z oczu łzy?

Być może autorka nie miała w zamiarze śpiewać o depresji, ale w pewien sposób zobrazowała tę chorobę. Może przytrafić się bogatym i z sukcesem. Możesz nie wiedzieć dlaczego ją masz. Płaczesz chociaż wcale nie chcesz.

 

Kilka prostych faktów do zapamiętania:

Depresja jest chorobą, taką jak każda inna. Wcale nie jest też „lekka” ponieważ może, a nawet często doprowadza, do śmierci osoby chorej. Najpierw śmierci trochę potocznej – umiera dusza, potem jest kwestią czasu zakończenie życia cielesnego. Wiem, bo przechodziły mi już powoli takie myśli: „Lepiej jakby mnie nie było, niż żebym sprawiała problemy i śmierdziała na kanapie”.

Może się przydarzyć każdemu. Nigdy nie sądziłam, że ja – zawsze silna, głośna i radosna osoba, mogę na nią zapaść, tak głęboko. Przytrafiło mi się kilka problemów, na które naszła moja zbyt wysoka ambicja. To, że widziałaś swoją córkę, przyjaciółkę, swojego przyjaciela, wnuka i zawsze był szczęśliwy. Nie powinno być to powodem, żeby nie uwierzyć, kiedy mówi, że miał depresję. Na różnych etapach depresji ludzie są w stanie zakładać maskę. Szczególnie przy tych, przed którymi chcą wypaść dobrze. Ja trzymałam ją kilka tygodni – podobno coś przebijało, ale myśleli, że po prostu się zmieniłam i jestem bardziej wredna.

Osoba w depresji raczej nie poradzi sobie sama ze swoim problemem. Dla mnie największym sojusznikiem był rozwiązły język, rodzina i ogrom przyjaciół. Od zawsze mówiłam otwarcie o swoich problemach, o których normalni ludzie nie mówią. Wszyscy wiedzieli o każdym kroku moich zmagań o dziecko. Wszystkim mówiłam o problemach alkoholowych w rodzinie. Nie dziwne więc, że uratowało mnie opowiadanie o moich podejrzeniach. Nawet nie chcę myśleć, co by było, gdybym zachowała to dla siebie. Przecież na pytanie „Co ci jest? Nie jesteś sobą” mogłam odpowiedzieć „nic„. Jednak znalazłam tyle siły, żeby powiedzieć „Mam depresję. Nie chce już żyć”.

Depresja ma objawy fizyczne. To nie tylko złe samopoczucie. Byłam ciągle senna. Spałam po 5h w ciągu dnia, jadłam kolację i szłam spać dalej. To lęki – budziłam się w środku nocy z myślą, że „czegoś nie zrobiłam”, wstawałam i sprzątałam dom po czym o 8:00. Kładłam się znów spać, bo zaczynał się dzień, problemy, wymagania, oczekiwania. To niepowstrzymany płacz. Chcesz się uśmiechnąć, ale nawet po podniesionym kąciku ust spływają słone łzy.

Chory często wie, że jest chory, chce coś z tym zrobić, ale nie potrafi. Leży na kanapie, ale wie, że powinien wstać. Coś go jednak blokuje. Myśli, że nie poradzi sobie z życiem, że łatwiej jednak zasnąć, może jak się obudzi będzie lepiej. Może się już nie obudzi. Wie, że musi wstać, umyć się, ubrać, wyjść na spacer, ale jest to bardzo trudne.

W tym tekście nie chcę wypunktowywać objawów, nie chcę też podawać definicji, ani nawet pisać o rodzajach depresji. Znajdziecie tego setki na stronach internetowych typu wikipedia. Wystarczy wpisać „Depresja”.


Chciałabym, abyście teraz przeczytały artykuł od osoby, która na tę chorobę cierpiała, a może nawet jeszcze trochę cierpi.


U mnie depresja narastała piętrowo. Według terapeuty żyłam na pograniczu od około dwóch lat. Zauważyłam ją chwilę po rzuceniu pracy. 

Miałam powody, żeby z pracy zrezygnować, ale kiedyś nie zrobiłabym tego nie mając załatwionej „lepszej opcji”. Tym razem po prostu nie miałam siły walczyć o swoje, kłócić się z prywaciarzem, udowadniać swoją wartość. Wtedy jeszcze znałam swoją wartość, ale w tym momencie nie miałam siły jej udowadniać na każdym kroku. Przecież nie powinnam musieć tak usilnie pokazywać, że jestem dobrym pracownikiem, bo po prostu nim byłam. Tak więc rozstałam się z pracodawcą, chcąc rozwijać własny biznes. Niestety depresja nie pozwalała mi zrobić tego tak dobrze, jak bym chciała. Poprawiałam każdy tekst po 10 razy i wciąż nie był dość dobry. Bałam się wystawić fakturę, bo przecież wszyscy pracodawcy „pokazywali”, że moja praca nie jest warta dobrych pieniędzy.

Przelany kubek stresu
Rzucenie pracy, stres przy rozwijaniu firmy, poronienie drugiej wczesnej ciąży, po dwóch latach zastrzyków, badań, stosunków na zegarek, dodatkowo stresująca organizacja wesela przy mojej ambicji okazały się zbyt wysoką poprzeczką. Mój terapeuta określa to jako „przelany kubek stresu”. Mój kubełek się przepełnił, czułam się beznadziejna, nic nie warta. Moje działania nie miały kompletnie żadnego sensu. Bo po co pracować, skoro pracodawca rzuca Ci ochłapy i nie docenia Twoich działań. Bo po co szykować ślub, skoro na pewno będzie pełno pretensji do dj’a, światła, jedzenia – przecież nie będzie tak pięknie jak bym chciała. Po co brać zastrzyki, starać się o dziecko, skoro nawet, kiedy już zachodzę nie potrafię donosić ciąży. A w końcu po co żyć skoro praca nie ma sensu i nie potrafisz nawet stworzyć rodziny? Irytują też przyziemne rzeczy. Po co myć naczynia skoro za godzinę znów będą brudne? Po co się malować skoro i tak nie czuję się piękna? Po co się kąpać skoro i tak nie wychodzę z domu?

Przepełniony kubełek stresu spowodował wyłączenie racjonalnej części mojego mózgu. Reagowałam na życie jak jaskiniowiec. Uciec od przerastających mnie problemów. Najpierw w seriale, potem w sen, a na końcu zostało mi zabić się lub poprosić o pomoc.
Z medycznego punktu widzenia depresja jest związana z obniżonym poziomem hormonów: serotoniny, dopaminy i noradrenaliny. Ja nie myślałam o hormonach. Myślałam tylko o tym jak bardzo „mi się nie chce”. To nie tak jak w tych znanych memach, że po prostu się nie chce. Nie miałam motywacji do kompletnie niczego! Jako, że hormony nie były dla mnie usprawiedliwieniem, czułam się jeszcze bardziej beznadziejnie, że nie potrafię się wziąć w garść.

Mój obecny mąż bardzo starał się mnie wspierać i pomagać, ale sam mógł niewiele. Jest mi na tyle bliski, że na początku chcąc mi pomóc, pozwalał mi się wysypiać, nie zmuszał do pracy. Robił wszystko za mnie. Nie wiedział, jak się zachować. Dopiero po jakimś czasie zaczął zmuszać mnie do jakichkolwiek aktywności. Przestał wyprowadzać psa, tym samym zmuszając mnie do wyjścia na dwór chociaż na 5 min. Po prostu wychodził do pracy i pisał wiadomość „pies nie był na spacerze”. Znajdowałam siłę i wychodziłam.

Nie zapomnę, kiedy zmusił mnie do zakupów w Biedronce. Szliśmy razem, a ja całą drogę płakałam. Nie potrafiłam przestać. Doszłam do wejścia, ogarnęłam się na 3 minuty, ale w trakcie zakupów po prostu zaczęły mi lecieć łzy. Chodziłam po sklepie taka zapłakana. Ludzie patrzyli na mnie,a ja jeszcze bardziej płakałam. Z beznadziejności, że nie potrafię przestać płakać, że nie potrafię zrobić porządnych zakupów. Te wymuszone wyjścia jednak mnie minimalnie ratowały, bo opuszczałam swoją samotną twierdzę. Pomagały jednak tylko na ułamki sekund. Wracałam do domu, kładłam się na kanapę i płakałam dalej.

Kurczę jakie to było ciężkie!

Dwa miesiące przed ślubem wysłałam 3 osobom link do definicji depresji w Internecie i napisałam „chyba mam”. Niestety nastąpiła zerowa reakcja. Jestem wrażliwa i pewnie myśleli, że mam gorsze dni. Dwa tygodnie przed ślubem zorganizowali mi wieczór panieński. Nawet się uśmiechałam. Było tam tyle dziewczyn, tak się starały, tyle atrakcji, że w głowie się kręciło. Trzymałam się dzielnie do samego końca. Raz tylko wyszłam do łazienki w pubie z jedną z przyjaciółek, popłakałam 30 min i wróciłam do reszty. Później przyznały, że były pewne że poszłam rzygać z przepicia. W momencie zatrzaśnięcia za sobą drzwi apartamentu, gdzie spałam, zostałam tylko z siostrą i przyszłą bratową. Popłakałam się i mówiłam o depresji. Nie wiem co, byłam zbyt pijana. Wtedy też nie uwierzyły. W końcu byłam pijana, po pijaku często ryczę. Zostało pełno jedzenia, więc następnego dnia kilka dziewczyn przyszło na „after” do mojego mieszkania. Najpierw rozmawiałam, potem usiadłam na kanapie i coraz bardziej przechodziłam w pozycję leżącą.

Coraz mniej mówiłam. Już się nie śmiałam. Jedna z przyjaciółek zapytała „Co, kacyk?” Odpowiedziałam „Nie. Depresja”.  …już mi wisiało, ile ich tam jest, czy zrobię im przykrość czy nie. Było mi już zbyt ciężko siedzieć się uśmiechać. Chciało mi się płakać i spać. Ale po prostu leżałam. Na chwilę rozeszły się po pokojach (jedna telefon, druga toaleta, trzecia papierosek) i moja siostra mnie przytuliła. Wybuchłam płaczem, już nie potrafiłam go powstrzymać. Wtedy zrozumiały, że ja wcale nie mam gorszego dnia, że wcale nie mówiłam głupot. Zrozumiały, że naprawdę mam problem. Pokazałam im tekst, który napisałam, kiedy rozważałam czy się zabić czy szukać pomocy.

I ruszyła lawina.
Umówiły mnie do specjalisty, niestety dopiero tydzień później. Dowiedziała się też kuzynka, która omówiła mnie jakimś cudem na weekend majowy do hipnoterapeuty. I jakoś poszło. Nie jestem jeszcze sobą, ale byłam naprawdę szczęśliwa na własnym weselu. Myję naczynia, piszę teksty, nadrobiłam zlecenia dla klientów. Wychodzę na piwko na miasto. Byłam na tygodniu poślubnym. Nawet posprzątałam mieszkanie.

Jak cieszę się, że wyszłam z najgorszego stanu depresji w jakim byłam. Jeszcze nie jest dobrze. Wciąż chodzę na hipnoterapię. Wróciłam do stanu pogranicza. Nie płaczę ciągle, ale nadal mam dni, kiedy nie jestem w stanie nic zrobić. Moja walka nadal trwa, ale mam już chęć do życia 🙂


___
O autorce:
Klaudia
– Pasja pisania pomogła jej w walce z depresją. Postanowiła
podzielić się stworzonymi w trakcie choroby tekstami, aby więcej osób rozumiało, co siedzi w głowach osób chorych na depresję.

ZOSTAW KOMENTARZ

Please enter your comment!
Please enter your name here